Tadeusz Szczechowicz - baca z Ratułowa praktykujący od niemal 40 lat

coroczny wielodniowy redyk z Podhala do Beskidów Żywieckich.

Tu w swojej bacówce u podnóża Wielkiej Rycerzowej wypasa owce i wyrabia sery.

Życie prawdziwego Bacy

W Soblówce w przysiółku Królowa na Polanie Lizokowej, mieszka Tadeusz Szczechowicz – baca. „Nasz” baca jak mówią o nim ujsolanie, już od ponad 30 lat bacuje w Ujsołach.


Mały domek na skraju dużej polany, wokół las a w tym domku…
To może brzmieć jak początek bajki, jednak to nie jest bajka, właśnie w takim małym domku zwanym „bacówką” mieszka człowiek, który obrał sobie nietypowy zawód – bacowanie.
W Soblówce w przysiółku Królowa na Polanie Lizokowej, mieszka Tadeusz Szczechowicz – baca. „Nasz” baca jak mówią o nim ujsolanie, już od ponad 30 lat bacuje w Ujsołach. Urodził się niedaleko Zakopanego w miejscowości Ratułów w cieniu Gubałówki. Już od najmłodszych lat chodził do starych baców słuchał, przyglądał się i uczył patrząc im na ręce. Potem bacował 8 lat w Tatrach następnie w Bieszczadach, a potem w 1973 po raz pierwszy przyjechał do Ujsół. Ma 4 dzieci, 2 synów i 2 córki, najstarszy syn też Tadeusz bacuje już razem z ojcem. Ojciec przekazuje mu bezcenne wiadomości, tajemnice, których strzeże jak najcenniejszego skarbu, a szczególnie tajniki wyrobu serów owczych.
Baca, co roku opuszcza swój rodzinny dom początkiem maja i wyrusza furmanką w daleką podróż do Soblówki, jedzie a raczej wędruje górami przez 6 dni, zatrzymując się na noclegach w wyznaczonych miejscach. Maszeruje z nim ok. 200 sztuk owiec i dwa owczarki, więc nie jest mu smutno. Baca zostawia w domu żonę, dzieci i duże gospodarstwo rolne, którego do powrotu męża dogląda pani „bacowa”. Powrót planowany jest na październik, czasem wcześniej a czasem później, zależy od pogody.
Baca głównie zajmuje się wypasem owiec, dużo czasu codziennie zajmuje mu wydajanie ich i wyrób sera. W bacówce można kupić ser owczy biały tzw. bunc, oscypek, bryndze, a także można napić się żyntyce. Już dużo turystów znalazło naszego bacę tam wśród tych lasów, i choć to trochę daleko, w niedzielne popołudnia dróżka do bacówki jest nieco zatłoczona. Wydawałoby się, że człowiek ten ma wiele czasu i wiedzie spokojny żywot wśród natury, jednak nic bardziej mylnego. Oprócz wypasu owiec, w którym co prawda pomagają mu juhasi, musi zadbać o wszystko, z czym wiąże się prowadzenie życia w odosobnieniu. Sam sobie gotuje, sprząta i pierze - z daleka widać wiszące świeżo uprane ściereczki, które służą do odcedzania sera, w bacówce jak mówi sam baca musi być czysto, bo tutaj się szykuje jedzenie i ludzie przychodzą. Ta drewniana, niewielka chata z celowo „dziurawym” dachem, przez który wydostaje się dym z palącego wewnątrz ogniska ma w sobie coś magicznego. Na ścianie w bacówce wisi obrazek Ojca Św. Jana Pawła II a obok dwie świece, na małym zydelku leżą gazety i poskładane czyste ręczniki, ot normalne życie tyle, że bez komputera, telefonu komórkowego i krzyczącego telewizora. Bacowanie to chyba jedyny zawód w dzisiejszych czasach, który nie wymaga tych cudów techniki. Bacę najlepiej odwiedzać wieczorem, bo wtedy ma trochę więcej czasu, a i ser świeży najlepiej smakuje.
Niech ten baca przyjeżdża do nas jak najdłużej, bo kiedy w maju schodzą z naszych gór ostatnie śniegi i słońce coraz cieplej świeci wtedy mieszkańcy mówią: „to juz bydzie teroz prowdziwe ciepło, bo baca juz przygnoł swoje łowiecki”.

GCI